Zaczynał w korkach i pasach samochodowych

Fotografia w nagłówku
fot. Zuza Chabowska
fot. Zuza Chabowska

Ile osób może pomieścić aula Wydziału Nauk Geograficznych i Geologicznych? By to sprawdzić, wystarczyło zaprosić Adama Bieleckiego. Na spotkaniu z himalaistą, bohaterem z Nanga Parbat, nie było gdzie szpilki wcisnąć.

Siedzieli na krzesłach, schodach, wokół mównicy. Stali wzdłuż ścian, na szczycie auli i w wejściach ewakuacyjnych. Chcieli na własne oczy zobaczyć jednego z uczestników polskiej wyprawy na K2 i największą gwiazdę XVI Dni Turystyki. Ci co nie mogli go zobaczyć, stali w holu, by chociaż usłyszeć.

- Czuje się tu swojsko, bo tędy omijam korki na Naramowicach jak jadę z Łopuchowa – rzucił na wstępie Bielecki.

9-latek, który chciał zostać alpinistą

A potem zaczął swoją opowieść o swojej górskiej pasji. O tym, że już jako 9-latek wiedział, że chce zostać alpinistą. I dość szybko zaczął ten cel realizować. – W wieku 13 lat zadzwoniłem do Klubu Wysokogórskiego w Katowicach, powiedziałem, że nazywam się Adam Bielecki i chce nauczyć się wspinać. Usłyszałem, że super, ale kurs skałkowy można zacząć po ukończeniu 15. roku życia – wspomina.

Efekt? Kurs skałkowy młody alpinista zdał, gdy miał już na koncie zdobycie 7-tysięcznika (Chan Tengri w 2000 r.). A zaczynał w uprzęży zszywanej z pasów samochodowych i korkach piłkarskich. – Moje pierwsze lata wspinaczki w Tatrach były bardziej niebezpieczne niż te teraz w Karakorum i Himalajach – przyznał.

Na marzenie o zdobyciu ośmiotysięcznika musiał jednak poczekać 11 lat. – I dobrze – mówi. – W innym przypadku może miałbym błyskotliwą karierę, ale krótką.

Gotów był poświęcić nerkę

Wejście w 2011 r. na Makalu z bohaterem z dzieciństwa, Arturem Hajzerem było spełnieniem jego marzeń. Ale radość zepsuły dramatyczne wydarzenia podczas zejścia – jego dwóch kolegów  - Maciej Stańczak i Tomasz Wolfart doznała poważnych odmrożeń palców zakończonych amputacją izostało kalekami do końca życia. Potem było letnie wejście na K2, zimowe na Gaszerbrum I. I osławione wejście na Broad Peak. – Po tej wyprawie coś we mnie pękło. Miałem plany na kolejną, ale ją odwołałem. Cały ten 2013 rok był fatalny: najpierw zginęli Maciej Berbeka i Tomek Kowalski, potem Artur Hajzer i jeszcze zamach terrorystyczny, w którym zabito dwóch moich znajomych – mówił.

Ale gdy w kolejnym roku dostał zaproszenie na wyprawę od Denisa Urubki nie sposób było odmówić. – To tak jakby do filmowca zadzwonił Spielberg czy Lynch mówiąc „zróbmy razem film”. Powiedziałem sobie: „Choćbym miał nerkę sprzedać, to pojadę” – tłumaczył.

Nie mógł znaleźć sponsora, więc spróbował zebrać pieniądze przez portal PolakPotrafi.pl. To co tam się stało, przeszło jego najśmielsze oczekiwania. – Budżet szacowałem na 45 tysięcy złotych. Internautów poprosiłem o 15, drugie 15 chciałem pożyczyć od rodziny, a na kolejne 15 zaciągnąć kredyt. Tymczasem 15 tysięcy złotych zebrałem w godzinę, po 3 było 40 tysięcy, a po 10 dniach – 60 tysięcy – mówił.

I po raz piąty ruszył na ośmiotysięcznik, tym razem jednak - po raz pierwszy - go nie zdobywając.

Dwóch z trzech

W 2015 r. musiał odwołać wyprawę na Czo Oju, bo Chińczycy cofnęli im wizę, z kolei w 2016 r. próbował wejść zimą na Nanga Parbat. To miała być szybka wyprawa, w stylu alpejskim. Ale wszystko skomplikowały warunki atmosferyczne. – Nie mieliśmy ani jednego dnia pogody, która pozwoliłaby na atak szczytowy – tłumaczył.

Potem była próba wejścia nową drogą na Annapurmę. – Nie mieliśmy jak rozbić namiotu. Jedną noc spędziliśmy na półce skalnej, kolejną – wisząc na wysokości 6700 metrów. Pokonując tysiąc metrów ściany nie znaleźliśmy nawet najmniejszej półki, uskoku, na którym moglibyśmy choć przysiąść i przypiąć się do ściany. Nie mieliśmy wyjścia i drzemaliśmy na linach. To nas wykończyło i zrezygnowaliśmy – relacjonował.

Wreszcie przyszła tegoroczna wyprawa na K2. Tam też pogoda nie dopisywała. Z obozu śledzili doniesienia o Tomku Mackiewiczu i Elisabeth Revol, którzy próbowali zdobyć Nanga Parbat. Gdy Bielecki dowiedział się, że ruszają z atakiem szczytowym stwierdził: „To nie może się dobrze skończyć”. Gdy trzeba było ruszyć im na pomoc nie namyślał się ani chwili. Tym bardziej, że by wejść na wysokość ponad 7 tysięcy metrów, trzeba być zaaklimatyzowanym. – Były na świecie trzy osoby, które mogły to w tym momencie zrobić. Ja i Urubko byliśmy najbliżej. Simone Moro był w Nepalu na ścianie Mount Everestu. Ponad tysiąc kilometrów dalej w linii prostej. My patrząc w ten sposób byliśmy dziesięć razy bliżej Nangi – mówił.

Podkreślał też, że do pilotów śmigłowca, którym zabrano ich na akcję ratunkową, nie ma żadnych pretensji. – Ci wojskowi piloci, by nam pomóc, łamali rozkazy, jakie im wydano. Mieli nas wysadzić w bazie, nie latać w nocy – zwracał uwagę.

I wspominał, że gdy dotarli do Elisabeth, zaczął płakać. A po informacjach od niej o stanie Tomka, wiedział, że nie ma szans, by go uratować. Trzeba było skupić się na Francuzce, która sama nie byłaby w stanie zejść. Do pomocy Mackiewiczowi w tej sytuacji i znoszenia z wysokości, na której pozostawiła go partnerka, trzeba by dziesięcioosobowej ekipy ratunkowej. Dwóch wyczerpanych ekspresową wspinaczką nawet najlepszych ratowników nie było w stanie nic zrobić.

Skuteczna „telemedycyna”

Po powrocie do polskiej bazy pod „górę gór”, podczas wspinaczki na Bieleckiego spadł kamień wielkości pustaka. – Kask uratował mi życie, kamień go sprasował tam, gdzie uderzył – Z reguły spadające kamienie coś sygnalizują, słychać ich turkot na stoku, czy świst powietrza, czasem widać z daleka. Ten nadleciał bez żadnego ostrzeżenia.

Po zejściu do bazy okazało się, że himalaista ma nie tylko rozbity nos, ale i dziurę na czole. Szwy zakładali mu Piotr Tomala z Arturem Chmielarskim w konsultacji z lekarzem, który znajdował się w Polsce. Jak? To już można było zobaczyć na jednym z kilku filmów zaprezentowanych na auli WNGiG. Na nagraniu widzimy grupę wspinaczy pochyloną nad Bieleckim. Co chwilę nad leżącym pojawiały się smartfony. Jedni robili zdjęcia, inni kręcili filmy. „Telemedycyna” zdała egzamin. - Czułem się jak na własnym pogrzebie– mówił Bielecki. Ale śmiechu było na nim co nie miara. Jak mówił, najbardziej zapamiętał zdanie rzucone przez Tomalę: „Nie ma takiego bólu pacjenta, którego nie mógłby znieść lekarz”.  – Piotrek w życiu nawet guzika nie przyszył, a założył mi sześć szwów. W kraju usłyszałem, że szwy można podzielić na kosmetyczne i rzeźnickie. Te u mnie zaliczono do tych pierwszych – podsumował.

Jak wiadomo, K2 nie udało im się zdobyć. Ale na wracającą grupę i tak czekały tłumy dziennikarzy. W kraju Bielecki i Urubko zostali okrzyknięci bohaterami. – Byłem tym trochę zawstydzony. Nie była to moja pierwsza akcja ratunkowa, nie była najtrudniejsza. Moje wyjście do obozu trzeciego pod K2 z Urubko było bardziej niebezpieczne – przyznał.

Gdzie teraz w górach wysokich zawita Bielecki? Z pewnością nie zabraknie go w składzie kolejnej narodowej wyprawy zimowej na K2, która być może wyruszy w Karakorum jeszcze w tym roku w grudniu.

Życie Wydział Nauk Geograficznych i Geologicznych