Stanisław Kozierowski - Małomówny tytan pracy

Fotografia w nagłówku
Wyjątkowe – bo bez sutanny – „cywilne”, pełne elegancji zdjęcie ks. Kozierowskiego zdobi jego legitymację wykładowcy uniwersyteckiego
Wyjątkowe – bo bez sutanny – „cywilne”, pełne elegancji zdjęcie ks. Kozierowskiego zdobi jego legitymację wykładowcy uniwersyteckiego

Dwóch młodych docentów i jeden duchowny, których do komisji organizacyjnej uniwersytetu polskiego w Poznaniu w 1918 roku powołał Heliodor Święcicki – wspomina Józef Kostrzewski, jeden z owych” młodych docentów” wciąż nie dowierzając, że takie skromne grono potrafiło jednak błyskawicznie stworzyć nowoczesną uczelnię.

 Najbardziej tajemniczy z tych założycieli poznańskiego uniwersytetu jest właśnie ów duchowny, ksiądz proboszcz ze Skórzewa, Stanisław Kozierowski. Występuje tylko jako członek komisji, nie zabiera głosu. Jego korespondencja z Heliodorem Święcickim dotyczy głównie PTPN, późniejsza - z władzami młodziutkiego uniwersytetu – tylko wykładów, które prowadzi i sal.

Zachowana w poznańskim oddziale Archiwum PAN spuścizna po ks. Kozierowskim jest ogromna, obejmuje  420 jednostek archiwalnych. Jest tam ponad setka kazań, mnóstwo zapisków naukowych, zeszyty szkolne z gimnazjum, listy, kilkanaście zdjęć. I tylko jeden dokument jest wstrząsający i bardzo osobisty.

Młodość światowa

Stanisław Kozierowski urodził się w 1874 roku w Trzemesznie. Tam chodził do gimnazjum, a że odebrano tej szkole prawo przeprowadzania egzaminów dojrzałości, edukację tę zakończył – z wyróżnieniem - w „Marynce”. Są w Archiwum PAN jego dwa zeszyty: „Mathematik” ze starannymi wykresami czarnym atramentem oraz „Literatura Polska”,  zawierający liczne patriotyczne wiersze po polsku, zapewne czytane w tajnym Towarzystwie Tomasza Zana, do którego wówczas należał. Święcenia kapłańskie przyjął 3 lata po maturze. Sporo w tym czasie podróżował i odbywał wikariat w kilku parafiach. Podróżować w ogóle bardzo lubił i robił to ze znawstwem. Zachował się zeszyt, w którym zapisał 9 października 1929 roku: „wyjechaliśmy z Katowic do Włoch”, a potem zaczyna się właściwie obszerny przewodnik, opisujący dziesiątki pałaców, kościołów i innych zabytków.

Dzienniki lektur

Ten zeszyt należy do Memorabiliów, zwanych przez księdza Kozierowskiego też czasem Silva Rerum lub Res gestae. Są w nich setki wypisów z lektur, a mieszanka zaiste jest imponująca. Język polski głównie, ale także niemiecki, angielski, łacina, a nawet fonetycznie zapisane przysłowie po japońsku( o tym, że żaba w studni nic nie wie o morzu). Obok siebie czytamy fragmenty pism św. Teresy, Goethego, Spinozy, Mickiewicza, Kniaźnina, Trockiego…można by wymieniać bez końca. Niemało tam znajdziemy mizoginicznych porzekadeł, które oburzyłyby dziś feministki, jak choćby to: Głupiec w radzie, koza w sadzie, łgarz przy dworze, białogłowa na urzędzie – źle to wszystko będzie albo: Wąż kusił jabłkiem niewiastę, dziś do tego brylantów trzeba.

Kilka – dosłownie kilka razy – między setkami stron pojawiają się oszczędne zapiski osobiste np. w 1905 roku: zacząłem się uczyć starosłowiańskiego, w 1906: zacząłem się uczyć sanskrytu, obecnie pracuję nad językiem rosyjskim. Boże, dopomóż dalej.  Czasem można pośrednio odczytać pewne emocje np. w zapisie z 25 sierpnia 1939 roku: biada owcom, gdy wilcy z psami zawarli przymierze. 18 września 1939 roku zanotuje ( zaraz za cytatami z Goethego): trzeci tydzień wojny, a kilka dni później: czwarty tydzień wielkiej wojny. Czy to też ślad wojny, że Memorabilia z 1941 roku zapisane są nie w zeszycie, ale w księdze intencji mszalnych?

Proboszcz zapracowany

Ale wróćmy do czasów szczęśliwszych. W 1903 roku już wiąże się z Poznańskim Towarzystwem Przyjaciół Nauk, a od 1910 na 20 lat obejmuje probostwo w Skórzewie. Pełni posługę kapłańską, działa w PTPN, prowadzi ogromne badania archiwalne, czyta mnóstwo, buduje nowy kościół, zakłada kółko rolnicze, zostaje wybrany do Naczelnej Rady Ludowej, jest posłem na Sejm Dzielnicowy, no i zakłada uniwersytet polski w Poznaniu, nie mówiąc już o zrobieniu habilitacji, do czego wprost przymusił go Heliodor Święcicki, gdyż formalnie ten już znany w naukowym świecie proboszcz nie miał wykształcenia uprawniającego do pracy naukowej na uniwersytecie, gdzie zaczął wykładać historię. A ta długa wymienianka nie obejmuje i tak wszystkich aktywności księdza.

U źródeł uniwersytetu

Heliodor Święcicki szybko docenił w małomównym księdzu niebywałą pracowitość i naukowe zacięcie. Obarcza go (już tak obciążonego) dodatkowymi zadaniami np.: Czyby ks. Dobrodziej nie raczył łaskawie przy wolnej chwili ustaw takich|( dla biblioteki PTPN) choćby krótkich w treści przedstawić. Z głębokiem szacunkiem sługa powolny Heliodor Święcicki – pisze w jednym z listów. Tak bym z serca pragnął – pisze w tymże 1915 roku – aby z chwilą wstąpienia do Zarządu Księdza Dobrodzieja Zarząd mógł całą parą pracować dla dobra Towarzystwa lub gdzie indziej: w Zarządzie zasiada mąż głębokiej nauki i iście benedyktyńskiej pracy. Po wyborze Kozierowskiego na przewodniczącego wydziału historyczno-literackiego PTPN pisze o swojej wierze w to, że tchnie on nowe życie w naukową działalność wydziału swego.

To wcale nie było takie proste utrzymywać poziom rzeczywiście naukowy w nieformalnym wszak Towarzystwie, a pamiętajmy, że bez utrzymania tego charakteru nie byłoby uniwersytetu poznańskiego… Lęk mnie brał – pisze Święcicki do Kozierowskiego - na wieść o poszerzeniu wydziału teologicznego Towarzystwa – że kierunek naukowy TPN zaczyna chorować. W tych obawach dobrze rozumieli się z Kozierowskim. W jednym z listów Święcicki wyjaśnia kontrowersyjną sprawę przyjęcia pewnej hrabiny w poczet członków PTPN w zamian za jej dar biblioteczny, ale zapewnia, że odtąd przyjmowane będą jedynie „niewiasty stopień naukowy posiadające”. 

Polskie nazwy

Kozierowski pasjonował się dziejami rycerstwa wielkopolskiego oraz nazwami miejscowości zachodniej Polski. W obu dziedzinach był w Polsce pionierem i zgromadził imponujący materiał. Jak wspominał prof. Bogdan Walczak, te osiem tomów Kozierowskiego stało w każdym gabinecie osób zajmujących się onomastyką i  na dziesięciolecia było jedyną podstawą źródłową. I dodał, że gdyby Kozierowski wiedział, jak wielkie dzieło podejmuje, to by go chyba…nie podjął. Najpierw w serii badań topograficznych, później w atlasach nazw zawarł kilkadziesiąt tysięcy wydobytych w archiwach polskich nazw, także miejscowości już nieistniejących. Nie tylko w Wielkopolsce, ale także na Śląsku, na Słowiańszczyźnie za Łabą (nazywając m.in. Stralsund Strzałowem). To była gigantyczna praca. Już po pierwszej wojnie światowej jego dzieło było wyzyskiwane dla spolszczenia nazw miejscowości. Nota bene z czasów tej wojny zachowało się zabawne zaświadczenie komendantury miasta, zezwalające Kozierowskiemu na jazdę rowerem po ulicach i mostach oraz po szosie okrężnej za Marcelinem.

Czas ciemny i zły

W 1929 roku osiadł w Winnej Górze. Tu zastała go II wojna światowa. I dramat. Z listopada 1940 roku pochodzi wezwanie do gestapo, do stawienia się z bielizną, kocem, siennikiem i bielizną pościelową w kartonie lub w walizce o wadze nieprzekraczającej 25 kg. I z listopada 1940 roku pochodzi odrzucenie podania Kozierowskiego o wpis na volkslistę. Musiał się odwoływać, bo jest i drugie takie pismo o ostatecznym odrzuceniu prośby… W 1947 roku w liście do Urzędu Bezpieczeństwa, zapewne w odpowiedzi na jakiś donos, pisze Kozierowski tak: Należałem do 4 z Poznania, których Niemcy usiłowali zgubić. Był to prof. Rudnicki, red. Kisielewski, Pawłowski i ja czwarty. Pierwsi 2 schronili się, trzeci został zabity, a ja byłem za stary, by się chronić i musiałem inną taktykę obrać. Kozierowski twierdzi dalej, że na podstawie jego atlasów, które Niemcy znaleźli w polskim ministerstwie spraw wojskowych, zarzucili mu dawanie wskazówek w planach rządu polskiego i francuskiego… zgładzenia Hitlera. Czy to prawda? Prawdą jest, że zarzucali mu spolszczenie po I wojnie światowej nazw miejscowości. Niemcy twierdzili – pisze dalej - że rychło mnie nie będzie. Przybyli do mnie, aby mnie zająć. Ciężko mnie pobili (badacze kwestionują ten fakt, choć twierdzą, że na pewno ciężkie naciski były – red.). Żeby się ich pozbyć, stawiłem wniosek ( o wpis na volkslistę – red.). Sądził, że procedura potrwa długo i da mu upragniony spokój. Odpowiada w liście do UB także na inne zarzuty, że wysokie opłaty kościelne, które pobiera od wiernych, przeznacza na utrzymanie kościoła i podatki, a w „ sprawie schorowanej emerytki J. G.” wyjaśnia:  z litości stawiłem w jej imieniu wniosek ( o wpis na volkslistę – widocznie donos zarzucał mu, że namawiał innych na wpis), gdyż nie przeżyłaby wysiedlenia. Kozierowski nie pisze nic o swojej pracy dla okupanta, której śladem jest pismo landrata ze Środy, zezwalającego dla zadań zleconych wypożyczenie Kozierowskiemu z biblioteki uniwersyteckiej „Indogermańskiego rocznika” oraz drugie pismo o wypłacie 300 marek za wykonane zlecenie…

Po wojnie Kozierowski już nie wykładał, ale intensywnie zajmował się jako wybitny znawca spolszczaniem nazw miejscowości w Wielkopolsce i na Ziemiach Odzyskanych w Komisji dla Spraw Przywrócenia Nazw Słowiańskich. Do dziś – jak mówi prof. Walczak – jadąc samochodem widzi się te nazwy. „Jego” nazwy. Tytana pracy, małomównego a wiernego współpracownika Heliodora Święcickiego w organizowaniu naszego uniwersytetu. Dnia 30 stycznia 1949 roku w Winnej Górze w Memorabiliach zapisał: ale my, dzieci nieszczęścia, stąpamy po głazach, chwastach i ruinach głuchych. Zmarł następnego dnia.  

 

 

         

 

Sto lat UAM Ogólnouniwersyteckie