Pryncypialny z urzekającą osobowością

Fotografia w nagłówku
prof. Szweykowski
prof. Szweykowski

 

List. Forma pisania, która ginie, zastępowana łatwością rozmowy przez telefon, wysłaniem maila. A cóż może być ciekawszego niż listy polonistów, miłośników literatury, znawców jej urody, ”demonów erudycji”, jak napisał jeden z nich,  perfekcjonistów języka polskiego? Był kimś takim prof. Zygmunt Szweykowski. I korespondował z licznym gronem osób.
Urodził się w 1894 roku i życie jego przebiegło bez większych zawirowań i zwrotów. W burzliwej młodości został, co prawda wydalony z pułtuskiego gimnazjum za udział w strajku szkolnym 1905, ale dokończył edukację w innej szkole. Zgłosił się jako ochotnik do wojska polskiego w 1918 roku, ale równocześnie ukończył studia, a koniec służby wojskowej zbiegł się z doktoratem z literatury. Potem zgodnie z przedwojennym modelem kariery był nauczycielem polonistą w szkołach( żeńskich, z których długo potem otrzymywał od wychowanek serdeczne gratulacje i życzenia z różnych okazji) i równocześnie pracował naukowo. Na kierownika Katedry Literatury Polskiej Uniwersytetu Poznańskiego został powołany  1 września 1939 roku i oczywiście była to bardzo pechowa data, ale po wojnie już w kwietniu 1945 roku pojawił się w Poznaniu i przez 20 lat wycisnął silne indywidualne piętno na poznańskiej polonistyce, w jakimś sensie tworząc ją od nowa…W dawny, zupełnie luźny sposób studiowania literatury wprowadził nowoczesny ład, nadając tej nauce racjonalny wymiar. Z jego nazwiskiem wiązać trzeba i poznańską szkołę badań nad romantyzmem i teatrologię( coś wówczas zupełnie nowego), choć sam był znawcą powieści XIX wiecznej, a zwłaszcza Prusa. 

Urzekająca osobowość

Jaki był ten zwykły „niezwykły” człowiek? Jarosław Maciejewski uważa, że miał wszystkie cechy idealnego mistrza, który „przede wszystkim winien mieć cywilną odwagę i twardość postawy „na co dzień” , swoją linię postępowania bez rozgłosu, nieraz wbrew naciskowi demagogicznej opinii. Prof. Szweykowski łączył – jak pisze Maciejewski - postawę pryncypialną z urzekającą bezpośredniością. Jak dodaje, uczniowie myśleli, że pociąga ich w mistrzu tylko jego wiedza i umiejętności dydaktyczne, ale szybko zrozumieli, że „to była osobowość - ów nie dający się opisać urok jego osobowości”.

Nocleg w sypialnym wagonie

Czy listy do prof. Szweykowskiego mogą jego postać charakteryzować? Na pewno oddają klimat czasów, w których profesorowi przyszło pracować. Weźmy listy Stanisława Pigonia. W marcu 1945 roku pisze o przyjęciu syna Szweykowskiego na studia w Krakowie. Zaprasza do Bursy Akademickiej, gdzie student dostanie stół, łóżko, światło( ale ciepła nie – budynki są nieogrzewane), a za 10 zł „ciepłą strawę, co oczywiście jego apetytu nie zaspokoi”. Ta „bieda naukowa”, o której dzisiaj już nie mamy pojęcia, ciągnęła się długo, choć zaraz po wojnie była najbardziej dotkliwa. Przewija się w listach często. Jak pisze Zbigniew Raszewski w 1962 roku: byłoby zatem wszystko dobrze, gdyby nie to, co wszystkim dolega: zajęcia dużo, pieniędzy mało. Wacław Kubacki donosi, że w Warszawie w 1950 roku „warszawiacy żyją lepiej niż my w Poznaniu: biblioteka ciepła i czynna od 10 do 18”. Były też niepojęte dziś kłopoty mieszkaniowe. W jednym z listów Stanisław Pigoń pisze o przesłanej do recenzji pracy: nie mogła być bardziej pogłębiona, bo autorka mieszka w kilkoro osób w jednym pokoju i nie ma warunków do pracy. Zbigniew Osiński zaś konstatuje: gdyby nie to, że tułam się z żoną po wynajętych pokojach, nie miałbym powodów do narzekań… Sam prof. Szweykowski w liście do władz Poznania w 1967 roku załącza ministerialne oświadczenie o należnym mu dodatkowym pokoju w domu, bo choć jest rencistą ( a więc taki pokój  nie przysługuje) to wciąż pracuje i w tym roku wypromował np. 5 doktorów, a ponadto posiada takie a takie odznaczenia( a więc może jednak przysługuje?). Choć było się wybitnym uczonym, trzeba było takie idiotyczne pisma pisać, by urząd nie dokwaterował lokatorów.

  Dość kuriozalnie wygląda dziś zaproszenie z warszawskiego PAN na posiedzenie poświęcone nauce o literaturze w 25-leciu PRL, gdzie zaznaczono, że „z powodu trudności z rezerwowaniem hoteli zaleca się podróż wagonem sypialnym”( tak było z hotelami jeszcze w 1971 roku…). Zaś Tadeusz Mikulski żali się w liście po spotkaniu, że jedno mu się tylko w Poznaniu nie udało: kupione tu skarpetki popękały nazajutrz…

Na maszynie czyli niegrzecznie

Ale nie samym chlebem człowiek żyje. W listach( których liczba nasila się w czasie wakacji) oprócz opisów przyrody i zabytków są też sprawozdania z lektur i przemyślenia. Zbigniew Osiński pisze w 1966 roku z Kazimierza: Czytałem tutaj książkę Miłosza o Brzozowskim wydaną w 1952 roku w Paryżu. Znakomita, pełna wewnętrznego rozdrgania i pasji. W jej kontekście prawie cały zeszyt „Twórczości” poświęcony Brzozowskiemu wydaje się niemowlęciem i akademicką piłą.

Pisze z urlopu Edward Pieścikowski w 1965 roku: Sporo czytam. W Świnoujściu zaopatrzenie w prasę( tygodniki w Poznaniu nieosiągalne) znakomite. Rzecz nietrudna do rozszyfrowania: goście z zagranicy przyjeżdżający promem. W lipcu 1967 tez z wakacji: Wiem, że po burzliwych przejściach potrzebuję spokoju, ale ten zapewnić może mi tylko szybko i stale powiększający się maszynopis mojej książki. Taka to już dziwna specyfika naszego zawodu.  A 15 sierpnia 1968 ( też wakacje) znajdziemy w jego listach taki passus: Przepraszam, że list napisany ”maszynowo”, ale – jak Panu Profesorowi wiadomo - dzisiejsza młodzież polonistyczna lepiej sobie radzi z maszyną do pisania niż z piórem. Niegrzeczne to, ale – jak sądzę – wygodne dla obu stron.

Niech Narcyzka ma przyjemność

W listopadzie 1953 roku Stanisław Pigoń dziękuje za „Przystanki literackie nad Wartą” Szweykowskiego: jeżeli ten bukiet współpracowników to pańscy elewowie, to jest czego gratulować: krzepkie talenty. Wytyka jednak błędy w fotografiach, stwierdzając, że Żmichowska na zdjęciu to nie Żmichowska, a przyczyną zamieszania jest Boy, który tak tę fotografię opisał. Gdy już wówczas zwrócono mu uwagę, że to nie ta pisarka, Boy miał odpowiedzieć: A cóż to szkodzi? Żmichowska była brzydula, a to dziewczątko wcale miłe? Niech Narcyzka ma przyjemność choć po śmierci.

Frak versus kontusz

Raszewski pisze: Pracuję obecnie w popłochu nad tytułowym szkicem mojej książki „Staroświecczyzna i postęp czasu”. Chce w niej usystematyzować najpopularniejsze sztuki, w których występuje konflikt nazwany przez niego frak/kontusz. Pisze tam o „Strasznym Dworze” coś, co brzmi jakoś współcześnie: Ta pochwała saskiej drzemki, jaka wzięła w posiadanie narodową wyobraźnię i tak trzyma. Oświeceni chcieli tę nową Polskę wnieść na gmach starej, co jest oczywiście nonsensem i już około roku 1780 ze zdziwieniem stwierdzili, że nawet najrozumniejsi i najuczciwsi ludzie zaczynają na powrót przybierać kontusze, symbol poniżenia, bezwładu i bezsiły.(…) Czy główny tok rozumowania wydaje się Panu Profesorowi prawidłowy? A może coś przeoczyłem lub przesadnie uprościłem? Dopraszam się o udział w takim korespondencyjnym seminarium.

Nawet za Stalina tak nie było

A w 1964 roku z Zakopanego pisze: Czytam opowiadania Greena - nie jest to rasowy epik, ale indywidualność ciekawa. Podoba mi się także Herbert. Ma porządek w głowie i pisze po polsku. W tymże liście wspomina, że był na „Lalce”: adaptacji dokonał inscenizator Hanuszkiewicz. (…) Izabela ma dosyć dużą zaletę: jest głupia. Niestety, nie jest to kobieta luksusowa( grała ja wówczas Ewa Wawrzoń – red.). Raszewski jest mistrzem takich mini-recenzji. O francuskim teatrze Planchona, który oglądał: dobre, ale nie pyszne, jak mówi moja mała bratanica. W liście tym Raszewski porównuje Prusa z …Norwidem: ten sam ton desperackiej czy raczej zdesperowanej mądrości.

W pamiętnym roku 1968 pisze: O „Dziadach” jestem nieco innego zdania niż Jarosz. Nie jest to przedstawienie w moim guście. Muszę jednak przyznać, że ma siłę i jest uczciwe. Szczególnie uczciwe wobec publiczności, która znajdzie w teatrze wszystko, czego dziś szuka. Awanturę dookoła tego przedstawienia uważam za skandaliczną( zmuszanie Dejmka do zmian, obelżywa recenzja Jaszcza ze słowami „klecha Piotr” – tak nawet za Stalina nie było - hamowanie frekwencji itp.). Przecież na głowę trzeba upaść, żeby robić takie rzeczy z „Dziadami”, z Dejmkiem, z Teatrem Narodowym, z nami…

Listy mówią o adresacie – osobie życzliwej i mądrej, z którą chce się dyskutować, dzielić przemyśleniami, ale i kłopotami osobistymi. Najlepiej ujął to może Zbigniew Osiński: Odczuwałem potrzebę napisania tych kilku zdań do Pana Profesora, ponieważ do dzisiaj jest Pan jedynym moim Mistrzem w pełnym znaczeniu tego słowa. Innych na uniwersytecie nie spotkałem  wtedy, a później przestało mi to być potrzebne…

Maria Rybicka

Podpis pod zdjecie

Prof. Szweykowski i prof. Raszewski z córką. Do zdjęcia załączony jest żartobliwy podpis: Pozwalam sobie przysłać coś, co w języku nowopolskim nazywa się dokumentem mechanicznym( w staropolskim fotografią). Najważniejszy obiekt dokumentu odwrócił głowę podczas mechanicznej dokumentacji.

Ramka

Poznański Oddział Archiwum PAN zawiera 175 zespołów – to spuścizny wybitnych poznańskich uczonych. Dokumenty, listy, fotografie, notatki zawierają informacje ważne, a czasem zabawne i wzruszające. Mówią to, czego nie powie krótka notka biograficzna. W kolejnych numerach „Życia” będziemy poprzez fragmenty tych spuścizn pokazywać sylwetki uczonych, aby w ten sposób i ci wielcy poprzednicy mogli być obecni w obchodach 100-lecia naszego uniwersytetu. 

Ramka

Pigoń, Raszewski, Kubacki, Osiński, Pieścikowski to nazwiska wiele znaczące w polonistyce. Dwaj ostatni to uczniowie prof. Szweykowskiego. Spośród 16 jego doktorantów, ośmiu zostało profesorami. Stworzył coś, co dawniej nazywało się „stajnią”, a charakteryzowało wielkich uczonych jeszcze bardziej niż ich dzieła – grupę uczniów równie wybitnych jak mistrz.   

Sto lat UAM Wydział Filologii Polskiej i Klasycznej