Prof. Witold Jakóbczyk: Wielkopolanin z Sosnowca

Fotografia w nagłówku
Od lewej profesorowie: Władysław Markiewicz, Witold Jakóbczyk, Janusz Pajewski, Czesław Łuczak, Zdzisław Grot. Prof. Jakóbczyk wychował wielu uczniów, wśród nich tak znakomitych jak Lech Trzeciakowski. Po latach, gdy pojawił się serial „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy” zwierzał się w wywiadach, że ma żal o wybranie na konsultanta filmu Trzeciakowskiego a nie jego, po czym dodaje rozbrajająco, że szybko pokłóciłby się z filmowcami, fot. Materiały Witolda Jakóbczyka w Archiwum PAN
Od lewej profesorowie: Władysław Markiewicz, Witold Jakóbczyk, Janusz Pajewski, Czesław Łuczak, Zdzisław Grot. Prof. Jakóbczyk wychował wielu uczniów, wśród nich tak znakomitych jak Lech Trzeciakowski. Po latach, gdy pojawił się serial „Najdłuższa wojna nowoczesnej Europy” zwierzał się w wywiadach, że ma żal o wybranie na konsultanta filmu Trzeciakowskiego a nie jego, po czym dodaje rozbrajająco, że szybko pokłóciłby się z filmowcami, fot. Materiały Witolda Jakóbczyka w Archiwum PAN

Wspominał, że bliskie stawały się jego sercu cechy osobowe Poznańczyków, które tak dobrze poznał, żyjąc na stancjach u prostych ludzi. Prof. Witold Jakóbczyk był miłośnikiem Wielkopolski, a popularyzowaniu „trzeźwych entuzjastów”, jak nazywa się XIX-wiecznych Wielkopolan, poświęcił całe życie.

Urodził się w 1909 roku daleko od Poznania, w Sosnowcu( w województwie Stalinogród, jak napisano w powojennej książeczce wojskowej). W swoim życiorysie pisze o raczej smutnym dzieciństwie. Ojciec, tokarz, alkoholik( później dopisał ręcznie: umiarkowany), matka zmarła, gdy miał 2 latka, zaś „macocha dbała o moją naukę, ale była zawsze zapracowana i nerwowa i nie wykazywała żadnych uczuć ciepłych, czego brak odczuwałem długo, aż do małżeństwa” . Obie babki były wdowami z kilkorgiem dzieci, więc częste były w rodzinie pogrzeby wujków i cioć, a mały Witold, który nigdy nie dostawał prezentów, bawił się w ustawianie katafalków. Było biednie, do przykopalnianej szkoły daleko, ale zdał egzamin do sosnowieckiego gimnazjum. Niezbyt mu tam szła matematyka. „Moją maturę przeforsował dyrektor i polonista” – pisze bez ogródek. Po odbyciu podchorążówki w Cieszynie wybrał się na studia do Poznania. Nie na wymarzoną polonistykę, bo nie znał greki i łaciny, ale na historię.

Z zapałem

 „Studiowałem z zapałem, całymi dniami siedząc w czytelni w Zamku na parterze”. Gdy był na I roku zmarł ojciec. Skromnej, ale stałej pomocy udzielił mu wtedy wuj, inkasent, „samotny, o niewygórowanych potrzebach” - jak pisze z wdzięcznością Jakóbczyk. Zrobił magisterkę w 1934 roku, tak dobrą, że później trafiła do druku i do której promotor prof. Jan Rutkowski „wielkodusznie się nie dopisał”, choć jak - znowu z wdzięcznością - zaznacza Jakóbczyk, wkład pracy mu na to pozwalał. Uniwersytet nie ma dla niego etatu, więc na uczelni jest wolontariuszem, pracując w bibliotece uniwersyteckiej, potem w Collegium Marianum (bardzo ciekawej szkole założonej - i zbudowanej - przez wyrzuconego z uniwersytetu z przyczyn politycznych prof. Jana Sajdaka) tudzież w „Marcinku”. Jednocześnie w ciągu 3 lat napisze doktorat o Maksymilianie Jackowskim (ukazał się jako książka) i uczęszcza na socjologię, zdając z niej rygorozum. W 1939 roku kariera zapowiada się bardzo dobrze. „Miałem dopiero żyć należycie” – jak pisze w 1940 roku liście z obozu jenieckiego, gdzie trafił po bitwie nad Bzurą.

Chleb, cebula i sweter bez rękawów

W spuściźnie zachował się plik listów z obozu do macochy. Cieniutkie arkusiki składają się w kopertę, na której po otwarciu widać drukowane zalecenia, że aby list nie uległ sekwestrowi pisać wolno tylko ołówkiem, czytelnie, nad linią i nie wolno używać skrótów. A od 1940 roku – głosi druk – „w związku z dużą liczbą listów i paczek, jakie otrzymywali liczni polscy jeńcy wojenni, pojawiły się opóźnienia w niemieckiej poczcie”, a więc odtąd wolno pisać tylko wtedy, gdy dostanie się formularz na list lub naklejkę na paczkę. I np. nie wolno przysyłać swetrów z rękawami (oszczędność wełny?). W listach Jakóbczyk prosi o chleb, cebulę, marmoladę, blaszany garnuszek, czy barszcz w kostkach, dopytuje się o losy rodziny i znajomych, widocznie nie otrzymując odpowiedzi, bo nazwiska się powtarzają. Oprócz listów są zeszyty do nauki angielskiego i francuskiego, karykatura Jakóbczyka, kartka imieninowa od kolegów jeńców z konturem przedwojennej Polski…”Uciekam od depresyj psychicznych w książki i marzenia” – pisze.

Czytaj też: Prof. Smoczkiewiczowa - Chemia w kobiecym wydaniu

Ocenzurowana Hakata

W 1945 roku z Hamburga wraca do Poznania i, jak pisze, „dzięki interwencji kol. Labudy” zostaje przyjęty na uniwersytet, gdzie pracuje bardzo intensywnie. Wydaje prace o Marcinkowskim, swoim ukochanym bohaterze, trzy tomy dziejów Wielkopolski. Pisze pionierską monografię o Hakacie (pierwsza w Polsce). Ta – ku jego rozżaleniu – nie otrzymuje w cenzurze pozwolenia na druk, by nie zadrażniać stosunków z nowopowstałą NRD. Ukaże się dopiero po 18 latach, w 1966 roku. „Uważam tę książkę nie tylko za poważne osiągnięcie naukowe, ale i polityczne, bowiem przy udziale historyka niemieckiego była to pierwsza praca o nacjonalizmie niemieckim”. Pisze bestseller o Bismarcku (pierwszy w Polsce). Tworzy i rozwija Zakład Najnowszej Historii Polski. Niestrudzenie na odczytach nawet w zapadłych kątach popularyzował historię XIX-wiecznej Wielkopolski (kto ja zna? – mówił – Skoro nie ma jej w podręcznikach?). Były takie wykłady, na które słuchacze w ogóle nie przyszli – jak pisze z humorem – ale były i sukcesy oratorskie. Za największe uważa swoją mowę na ostatnie na uniwersytecie obchody Konstytucji 3 Maja w 1947 roku i przemówienie w rodzimym sosnowieckim liceum na 75-lecie.

Serwituty i pasje

Od 1952 roku należał do PZPR, szefował Muzeum Ruchu Robotniczego, prowadził szkolenia dla partyjnych. Ale – jak pisze prof. Trzeciakowski, „serwituty czynił z umiarem”. W czerwcu 1956 na uniwersytecie solidaryzował się z robotnikami, w 1968 roku bronił autonomii uczelni przeciwstawiając się wkroczeniu milicji na teren uniwersytetu, powstanie „Solidarności” komentował z sympatią. W liście do przyjaciela pisze: „Jeśli Gierek mówi, że siłą partii jest zgodność działania ze słowami, to ma on rację, gdy chodzi o niego samego tylko. Przekonałem się o tym w sposób b. przykry.” Było to jego „duchowe Waterloo”, jak pisze, a chodzi o odrzucenie jakiejś jego propozycji.

Był lubiany, o czym świadczy choćby stos pocztówek od studentów z obozów, konferencji, wycieczek; zaproszenia na śluby, teczka z wieloma publikacjami jemu dedykowanymi przez autorów. Pasjonat muzyki operowej i barokowej, zgromadził kilkaset płyt, wiele unikatowych. W obszernej korespondencji, którą prowadził, mowa jest także o zdobywaniu dobrego gramofonu w NRD czy zagranicznych płyt od swoich uczniów w USA czy przyjaciela we Włoszech. I jakże sympatyczna cecha – w listach, wspomnieniach, wypowiedziach nigdy nie zapomina podać nazwisk osób, którym coś zawdzięcza, począwszy od nauczycieli. Po 50 latach od momentu, gdy jako student pracował w Bibliotece Uniwersyteckiej, pojawił się tam z tortami i kawą, by uczcić tę rocznicę.

Jest w spuściźnie i teczka, w której są wyniki badań krwi, prześwietleń, elektrokardiogramy z krzywą linią pracy serca. Przestało ono niespodzianie bić 3 października 1986. Ostatni artykuł, który pisał, ukazał się już po jego śmierci. Był o historii jako nauczycielce życia.

Poznański oddział Archiwum PAN zawiera 176 zespołów – to spuścizny wybitnych uczonych. Dokumenty, listy, fotografie zawierają informacje ważne, a czasem zabawne i wzruszające. Mówią to, czego nie powie krótka notka biograficzna. W kolejnych numerach Życia będziemy poprzez fragmenty tych spuścizn pokazywać sylwetki uczonych, aby w ten sposób i ci wielcy nasi poprzednicy mogli być obecni w obchodach 100-lecia naszego uniwersytetu.

 

 

Sto lat UAM Wydział Historyczny