Prof. Smoczkiewiczowa - Chemia w kobiecym wydaniu

Fotografia w nagłówku
 Aleksandra i Marian Smoczkiewiczowie w dniu ślubu w 1936 roku: pan młody w stroju korporacji akademickiej. Krótko trwało to szczęśliwe małżeństwo. Gdy we wrześniu 1939 roku ona leżała ciężko chora, po stracie świeżo urodzonej córeczki, on dostał wezwanie do gestapo. Wiedział, że jeśli się nie stawi, hitlerowcy będą nachodzić jego żonę. Chcąc jej tego oszczędzić, zgłosił się. Prawdopodobnie został rozstrzelany jako zakładnik. Nie wiadomo, gdzie został pochowany.
Aleksandra i Marian Smoczkiewiczowie w dniu ślubu w 1936 roku: pan młody w stroju korporacji akademickiej. Krótko trwało to szczęśliwe małżeństwo. Gdy we wrześniu 1939 roku ona leżała ciężko chora, po stracie świeżo urodzonej córeczki, on dostał wezwanie do gestapo. Wiedział, że jeśli się nie stawi, hitlerowcy będą nachodzić jego żonę. Chcąc jej tego oszczędzić, zgłosił się. Prawdopodobnie został rozstrzelany jako zakładnik. Nie wiadomo, gdzie został pochowany.

Prof. Aleksandra Smoczkiewiczowa – ta „owa”, dziś w dobie feminizmu prawie niespotykana końcówka nazwiska brzmi staroświecko. Czy taka była pani profesor, chemiczka, specjalistka analityki chemicznej? Jeśli tak, to tylko w najlepszym tego słowa znaczeniu.

W spuściźnie po prof. Smoczkiewiczowej przeważają wspomnienia. Część drukowana np. w Kronice Miasta Poznania, część przygotowana na potrzeby rodziny lub dla uczczenia czyjejś pamięci. Są zdjęcia przedstawiające śliczne trzy siostry( młodsza uchodziła przed wojną za najpiękniejszą kobietę w Poznaniu). Są też udatne rysunki: portrety członków rodziny sporządzone przez nastolatkę czy szkice domu dziadków w Środzie, gdzie, jak pisze, było „zasobnie, swojsko i spokojnie”. Jest i muzyka: Aleksandra Ewert-Krzemieniewska ( to jej panieńskie nazwisko) ukończyła w konserwatorium wirtuozowską klasę fortepianu. A więc rysunki, muzyka, upodobanie do eleganckich toalet( choć w czasach biedy po śmierci ojca trzy siostry miewały na spółkę jeden „wyjściowy” sweterek) – panna z dobrego domu. Najmniej pasuje ta chemia…

Czytaj też: Profesora Niklewskiego praca o gnoju

Niemiecko-polskie dzieciństwo
Urodziła się w 1910 roku w Mosinie, skąd  zaraz trafiła do Berlina, dokąd jej ojciec farmaceuta pojechał  za pracą po nieudanej próbie prowadzenia mosińskiej apteki. W Berlinie otworzył własne laboratorium, które produkowało m.in. cieszącą się powodzeniem wodę do włosów nomen omen Alexandra. Do Poznania Ewertowie wrócili w niespokojnym dla Berlina roku 1919. Wtedy właśnie ojciec i stryj przyjęli nazwisko Krzemieniewski, by podkreślić swoją polskość. Rodzina ojca rozpadła się na dwie gałęzie: niemiecką i polską, o czym pisze prof. Smoczkiewiczowa, że utrzymywała po wojnie pewne kontakty z niemieckimi kuzynkami „ z zaciśniętymi zębami”.
Jako 9-letnia dziewczynka podjęła naukę w szkole Rzepeckiej, później im. Generałowej Zamoyskiej - mieszczącej się w prywatnym mieszkaniu na Matejki. Były tam córki wielu rodzin powracających wówczas z różnych krajów do niepodległej Polski, mówiące różną polszczyzną. Trzeba było tę polszczyznę oczyścić. Zapamiętała więc, że tępiono np. „ł” na początku słów jak „łobraz”, co niektóre gorliwe uczennice zrozumiały jako usunięcie „ł” w ogóle i mówiły np. oówek. Zapamiętała, że było ciasno, duszno i kurz. Mając na uwadze te fatalne warunki higieniczne ojciec farmaceuta kazał jej po powrocie ze szkoły ssać pastylki odkażające. Zapamiętała też wielką biedę panującą w Polsce po odzyskaniu niepodległości: nie było niczym niezwykłym, że latem w mieście dzieci chodziły boso. Zapamiętała swoje buty z wojłoku na drewnianej podeszwie, które uradowanej matce udało się gdzieś kupić, podobnie jak zielony perkal na odświętne sukienki. Ale szkoła – dopiero w 1920 przeniesiona do obecnego budynku – była świetna. Panowała w niej demokratyczna atmosfera i uczyło wielu doskonałych nauczycieli, także chemii ( choć uczono też ukłonów przed biskupem: prawa noga zatacza koło, lewa jest ugięta tudzież zabraniano dziewczynkom chodzić na Plac Wolności, który w niedzielę był barwnym deptakiem Poznania). O jakości szkoły świadczy fakt, że z 24 maturzystek z tego rocznika 22 ukończyły studia, w tym większość właśnie nauki przyrodnicze czy medycynę.  

Teraz chemia
Szkoła i pewna tradycja rodzinna spowodowały, że Aleksandra wybrała chemię na Uniwersytecie Poznańskim. Pracę o izochinidynie napisała pod kierunkiem prof. Suszki. Wspomina go jako wykładowcę, który wymagał dwójki notujących, bo mówił szybko, jednocześnie pisząc prawą ręką wzory na tablicy, a lewą natychmiast je zmazując, zaś przy braku polskich podręczników notatki były konieczne i bezcenne. Z kolei gdy wykładał prof. Miłobędzki, dr Maria Jańczak równocześnie wykonywała obok doświadczenia ilustrujące wykład. Prof. Miłobędzki nie znosił spóźniających się: na pierwszego studenta reagował cichym” nie róbcie mi tego”, stopniowo przy kolejnych spóźniających się podnosząc głos. Studia odbyła z tak dobrym rezultatem, że została asystentką prof. Konstantego Hrynakowskiego. Był on twórcą szkoły analizy termicznej leków i dzięki niemu wówczas UP był jedynym w Polsce, który przygotowywał kadrę do nowoczesnej produkcji lekarstw. Wyposażył świetnie laboratorium. Był tam m.in. specjalny analityczny aparat rentgenowski czy mikroskopy ze sprzężonymi aparatami fotograficznymi. Aleksandra wspomina ten czas jako najlepszy w swoim życiu dzięki atmosferze życzliwości, jaką profesor potrafił stworzyć w zespole, a zarazem wytężonej pracy naukowej. Profesor lubił - często z gośćmi z zagranicy - wpadać o różnych porach do laboratorium i dziwił się, gdy około północy nie zastawał nikogo przy pracy, a już całodzienna obecność była obowiązkowa. Jak wspomina prof. Smoczkiewiczowa, ogromnie jej to utrudniało przygotowania utworów do egzaminu dyplomowego w konserwatorium.  Pasją prof. Hrynakowskiego było hodowanie kryształów ałunu: niektóre dochodziły do 1 metra średnicy i lśniły zielono-niebieskimi kolorami, a opiekę nad nimi sprawował specjalny laborant.

Bo prosty chłop zapomina języka w gębie
II wojna światowa przyniosła bolesne straty rodzinie( stąd te „zaciśnięte zęby”). Niedawno poślubiony mąż Aleksandry został zabity w Bydgoszczy, brat Marian w Warszawie w 1944 roku, drugi brat utonął w Warcie, Witold i Stanisław zostali uwięzieni w Forcie VII. Majątek mocno się skurczył, było wiele dramatycznych przeprowadzek i życie w ciasnocie.

Natychmiast po wojnie Aleksandra Smoczkiewiczowa pojawiła się w Collegium Chemicum dla porządkowania i zabezpieczania tego, co ocalało po amerykańskich bombardowaniach. Została doktorantką prof. Alfonsa Krausego. Doktorat zrobiła szybko: dyplom odbierała 23 grudnia 1947 roku za pracę o związkach miedzi jako katalizatorach. Nadeszły, jak sama to określa, smutne lata 50. Mimo dorobku nie została zatwierdzona na kierownika Katedry Chemii Nieorganicznej, a wkrótce – bez zmiany biurka i pokoju – została przeniesiona do powstałej właśnie, wyodrębnionej z uniwersytetu, Akademii Medycznej. To lata, kiedy partyjny student napisał na nią donos, że „zachowuje się jak pani i prosty chłop zapomina języka w gębie”. Na AM tworzy pierwsze zespoły analityki chemicznej, lecz wkrótce – przymusowo – zostaje przeniesiona służbowo do Akademii Ekonomicznej na towaroznawstwo, które pilnie potrzebuje analityków chemicznych. Tu już pracuje do końca. Zmarła w 2006 roku.
W sumie na trzech uczelniach wypromowała 190 magistrów, napisała 230 publikacji, w tym kilka książek, opracowała kilka metod analityki. Należała do tych uczonych, którzy zdobytą na uniwersytecie wiedzę i doświadczenie „flancowali” na polach innych uczelni poznańskich, tam doprowadzając do rozkwitu.

 

 

 

    

 

Sto lat UAM Wydział Chemii