Przeżył drogę znikąd donikąd

Fotografia w nagłówku
Adam Pleskaczyński
Adam Pleskaczyński

 

 

Z dr. Adamem Pleskaczyńskim rozmawia Maria Rybicka

Książka, z której pochodzi cytat w ramce to Podróże nieodkryte. Dziennik ekspedycji Bronisława Grąbczewskiego 1889-1890;  jest pan jej współautorem. To właściwie księga; wygląda imponująco. Idealna na prezent świąteczny dla konesera.

Z prezentem może być kłopot (śmiech), bo wydrukowana została  w 200 zaledwie egzemplarzach, z czego większość trafi do najważniejszych bibliotek i ośrodków naukowych, a do sprzedaży tylko kilkanaście sztuk, więc jest to rzeczywiście bibliofilski rarytas. Jednym z warunków uzyskanego grantu z NCN była właśnie wysoka jakość artystyczna dzieła. Stąd w zespole obecność prof. Konstancji Pleskaczyńskiej z Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu, która opracowała graficznie książkę, nadając jej wyjątkowy charakter również poprzez  dobór szlachetnych materiałów i tradycyjnych  technik wykonania.

A skąd zainteresowanie postacią Bronisława Grąbczewskiego, wielkiego co prawda podróżnika, lecz nie mającego nic wspólnego z Poznaniem?

Pewien związek jest. Pierwsza publikacja Grąbczewskiego w języku polskim ukazała się właśnie w naszym PTPN w 1891 roku.  Grąbczewski pod koniec XIX wieku należał do czołówki wybitnych podróżników na świecie, ale jego dokonania bardziej znane są w Rosji czy Wielkiej Brytanii niż w Polsce. Zainteresowałem się tą postacią podczas wyprawy naukowej do Pakistanu i chińskiego Turkiestanu.  Z Poznania pochodził prof. Fleszar, który w 1961 roku pojechał do Leningradu, tam zetknął się z dziennikiem ekspedycji Grąbczewskiego i w artykule napisał, że to niezwykle cenny dla badaczy dokument, wart przebadania i opublikowania. Moim mistrzem był prof. Wiesław Olszewski, historyk i jeden z najlepszych znawców Orientu. Wspierał nas w pomyśle dotarcia do dziennika ekspedycji, choć niestety nie doczekał naszego dzieła na zakończenie 3-letniego grantu.

W końcu dotarliście do dziennika…

…choć nie było to takie proste. Po uzyskaniu grantu zaczęły się żmudne negocjacje z Rosjanami, którzy do tamtej pory nikomu nie udostępnili dokumentów, choć starali się o to Amerykanie, Francuzi i Brytyjczycy.

Dlaczego wam się udało?

Chyba udało się przekonać naszych rosyjskich partnerów, że tego typu publikacja będzie ważna zarówno dla nas jak i dla nich. Myślę, że mieliśmy też trochę szczęścia i natrafiliśmy na grono przychylnych nam osób.

Jak wyglądał ten dziennik?

Zakupiliśmy kopię ponad 900 kart starannie wykaligrafowanego pisma. Oryginał dziennika uchodził za zaginiony. Było zagadką,  czy kopista starannie przepisał tekst z oryginału?  I proszę sobie wyobrazić, że znaleźliśmy ten oryginał! Robiąc kwerendę natrafiłem na książkę Artioma Rudnickiego, zastępcy dyrektora archiwum rosyjskiego MSZ, z cytatami z dziennika. Jednak on miał w przypisach inną sygnaturę! Idąc tym tropem skontaktowaliśmy się z prof. Rudnickim, a on udostępnił nam rękopis, przechowywany w Moskwie. Początkowo mieliśmy wątpliwości, czy to oryginał, bo pisany był piórem. Nie wyobrażaliśmy sobie, by w tak trudnych warunkach robić notatki inaczej niż ołówkiem. Ale w dzienniku znaleźliśmy fragment, w którym Grąbczewski, będąc w Tybecie napisał, że temperatura spadła do minus 50 st. C i atrament zamarza mu w kałamarzu. A ostatecznym dowodem była analiza grafologiczna, która ponad wszelką wątpliwość potwierdziła, że mamy do czynienia z oryginałem.

Tłumaczem tekstu – i kierownikiem grantu - był prof. Wawrzyniec Popiel - Machnicki z Instytutu Filologii Rosyjskiej i Ukraińskiej. Praca tylko żmudna czy też trudna?

Prof. Popiel- Machnicki powiedział, że Grąbczewski pisał po rosyjsku, ale myślał po polsku, o czym świadczy często np. szyk zdania.  Profesor jest literaturoznawcą, więc na pewno duże walory literackie tych dzienników czyniły tłumaczenie przyjemniejszym niż gdyby to było tylko suche sprawozdanie. Ale w tekście było np. dużo terminów perskich, arabskich, chińskich...Nie mówiąc już o  nazwach geograficznych, które Grąbczewski zapisywał cyrylicą, fonetycznie, zresztą często na kilka sposobów.

Czytam te nazwy: Ara-Ket, Burin-Kuz, Chafałung, Pszka…brzmią bardzo egzotycznie.

Jest ich ponad 700 i musiały zostać dokładnie przeanalizowane. W Petersburgu zdobyliśmy też prawdziwy rarytas - mapy Grąbczewskiego z jego podróży. To m.in. dzięki nim udało się określić faktyczną trasę ekspedycji. W książce umieściliśmy również ponad setkę zdjęć zrobionych przez Grąbczewskiego. Zostały one uzupełnione zdjęciami, które zamieścił w swoich podróżniczych książkach, napisanych gdy zamieszkał w Warszawie w międzywojniu. Prof. Pleskaczyńska  dokonała uporządkowania i krytycznej analizy tych zdjęć, co nie było proste, także dlatego że Grąbczewski czasem dość swobodnie podpisywał swoje fotografie.

Rozmawiamy o książce, plotkujemy o jej bohaterze, ale nie przedstawiliśmy go jeszcze.

Był synem powstańca styczniowego ze Żmudzi, któremu władze carskie skonfiskowały majątek. Stąd życiowy wybór Bronisława – służba w wojsku, która była szansą na lepszy byt. Taką drogę wybierało wtedy wielu Polaków. Po ukończeniu szkoły junkrów wybrał służbę w Azji Środkowej, ale najszybciej jak się dało skończył z regularną armią i przeszedł do administracji wojskowej, jak pisze: „zmuszającej do objeżdżania wiosek miesiącami całymi dla ustanowienia podatków, rozsądzania sporów itd. Całymi miesiącami nie widywałem absolutnie nikogo poza krajowcami”. Wielkie przestrzenie i góry uwiodły go. To wtedy spotkał kapitana Gamowa, słynnego łowcę tygrysów, od którego uczył się sztuki przeżycia w ekstremalnych warunkach. Poznawał zwyczaje miejscowej ludności,  a po jakimś czasie swobodnie mówił w językach turkijskich i po persku. Wszystko to przydało się później, kiedy zorganizował swoje trzy najsłynniejsze ekspedycje  na pograniczu Chin, Tybetu i Afganistanu. Działo się to w kulminacyjnym momencie tzw. Wielkiej Gry czyli walki o wpływy na Wschodzie między Rosją a Wielką Brytanią. Miały więc one i swoje polityczne oblicze, a Grąbczewski stał się nawet symbolem imperialnych zakusów Rosji. Anglicy go nienawidzili.

Ekspedycje były niebezpieczne?

Największe chyba niebezpieczeństwo spotkało go właśnie przez Anglika Francisa Younghusbanda, też szpiega i podróżnika. To on w trakcie osobistego spotkania  złośliwie namówił Grąbczewskiego na drogę przez Tybet, tając przed nim to, co sam napisał w jednym z listów, że to droga „znikąd donikąd, która naraża na niesłychane trudy, a ekspedycje na straty”. Grąbczewski nie miał prawa przeżyć tej wyprawy. A jednak przeżył. To tam właśnie zamarzał mu atrament w kałamarzu. Życiorys jego był skomplikowany, z wieloma białymi plamami – chciałbym go kiedyś w pełni opisać. Zachęcam do przeczytania opisu wyprawy, który będzie dostępny także w Internecie.

Czy był awanturnikiem?

Co to, to nie. Był ryzykantem, nieraz ocierał się o śmierć i wychodził z tego cało dzięki swojej inteligencji i odwadze. Przyznawali to nawet jego konkurenci. Radził sobie w najróżniejszych sytuacjach, spotykając się z handlarzami niewolników, krwawymi wschodnimi despotami, dzikimi zwierzętami. Nie dał się zabić Afgańczykom, ani później podczas rewolucji bolszewikom. Potrafił być ujmujący, cenili go kirgiscy koczownicy i petersburska socjeta. Jak napisał o nim pewien Anglik: ma cechy, które są połączeniem zachowania twardego i prostego żołnierza oraz tej elegancji, z której słynęła polska arystokracja. W wyprawach dbał o życie swoich ludzi,  a do ludów, które spotykał odnosił się z życzliwością i prawdziwym zainteresowaniem. W tamtych czasach taka postawa „białego człowieka” nie była powszechna. Był na pewno silną, fascynującą osobowością. 

 

 

Grabczewski

25 grudnia 1889 r

Dzisiaj jest dzień Świąt Bożego Narodzenia. Wigilię spędziliśmy przy ognisku, przy akompaniamencie szumu i wycia wiatru, którego porywy roznosiły daleko po polu nie tylko iskry, ale i całe palące się pnie. O godzinie 11 w nocy wiatr ucichł, termometr zaczął szybko opadać i rano o świcie pokazywał – 25 st. C. Dzisiaj o godz. 10 kozacki konwój wystrojony był w galowy ubiór do wspólnej modlitwy. Złożyłem życzenia z okazji święta i po wotywie zaproponowałem ludziom po pół czarki spirytusu i chleb z solą. Po śniadaniu i herbacie, przy czym każdy z kozaków dostał talerz suszonych moreli w postaci prezentu, urządziłem strzelanie z nagrodami. Kozacy strzelali marnie, ale niektórzy z nich wystrzelali nagrody, co dostarczyło wszystkim dużego zadowolenia.

Rozmowy Ogólnouniwersyteckie