Prawo było najmniej bolesne

Fotografia w nagłówku
Filip Bajon
Filip Bajon

Z Filipem Bajonem – nie tylko znanym reżyserem, ale również absolwentem poznańskiego wydziału prawa, o jego latach studenckich rozmawia Aleksandra Polewska.

- Powiedział Pan w jednym z wywiadów, że wybrał po maturze studia prawnicze, bo prawo wydawało się Panu, cytuję: najmniej bolesne. Tysiące maturzystów marzy o studiach prawniczych, walczy o nie jak lwy, a Pan swój wybór sprowadza do takiego uzasadnienia?

- Prawo było najmniej bolesne, proszę Pani. A ja musiałem mieć jakieś tzw.  porządne studia, prócz wymarzonych artystycznych, filmowych. Studia prawnicze trwały wówczas tylko cztery lata. Poza tym były studiami pamięciowymi i logicznymi, w związku z tym opanowanie materiału było dość prostą sprawą. Również opis świata, które proponuje prawo racjonalne, czyli przyczynowo-skutkowy, bardzo mi odpowiadał. Uczęszczałem na seminarium do prof. Zygmunta Ziembińskiego, które obejmowało logikę, teorię państwa, teorie różnych systemów prawnych i moralnych, dotykało filozofii.

- Przepraszam, że się wtrącę, ale logika oraz teoria państwa i prawa, to akurat przedmioty, które wśród studentów prawa uchodzą za bolesne.

- A mnie fascynowały. To była najważniejsza szkoła intelektualna w jakiej mogłem wówczas uczestniczyć, bardzo sobie ją do dziś chwalę, bardzo dużo z niej korzystałem i korzystam.

- Za moich czasów, a studiowałam prawo w latach 90., mówiło się, że aby dostać się na seminarium do prof. Ziembińskiego trzeba było być studentem, co najmniej, nieprzeciętnym.

- Ja dostałem się przypadkowo. Mieliśmy w maju kolokwium zaliczające z logiki. Przeprowadzał je, wówczas jeszcze asystent, a dziś  profesor Maciej Zieliński. Nie pamiętam dokładnie jak to się stało, ale tak się wówczas jakoś zaniedbałem w nauce (myślę, że tzw. grzechy młodości za tym stały), że nie byłem w stanie odpowiedzieć na żadne z pięciu podyktowanych nam pytań. W związku z tym napisałem, na tym papierze z pieczątkami, który przede mną spoczywał, wierszyk: Hamlet przy być albo nie być miał chwilę wahania, ale czymże jest jego jedno przy moich pięciu pytaniach? Podpisałem: Filip Bajon - wiersz ten poświęcam wszystkim logicznie myślącym ludziom. I oddałem pracę. Minął tydzień. Maciej Zieliński poinformował nas, że ten dostał taki stopień, ten taki, ten taki, a moja praca znalazła się poza oceną i że prof. Ziembiński mnie prosi do siebie. Poszedłem do profesora, a on pyta mnie: Panie Filipie, a jak pana dopuszczę do tego egzaminu z logiki, to zda go pan? Odpowiedziałem, że oczywiście, że zdam. Nauczyłem się i zdałem na dobry plus chyba. Wtedy profesor zaproponował mi proseminarium magisterskie u siebie, na co ja się z radością zgodziłem. Więc była historia mojego uczestnictwa w prowadzonym przez niego seminarium. Miałem zresztą jakiś czas temu, niewątpliwą przyjemność prowadzenia wykładu dla poznańskich studentów prawa i wchodząc na ten wykład, a odbył się on w Collegium Iuridicum Novum, zobaczyłem, że sala w której będę go prowadził jest imienia prof. Zygmunta Ziembińskiego. Pomyślałem, że właśnie zamyka się jakiś cykl.

Filip Bajon i Andrzej Grabowski plan Kamerdynera

- Jest Pan synem poznańskiego adwokata, który marzył pewnie o tym by objął Pan po nim kancelarię, ale który równocześnie wiedział, że Pańskie dalekosiężne plany nie mają z prawem nic wspólnego. Jak się w tym odnajdywał?

- Nie tylko ojciec, ale oboje moi rodzice od początku wiedzieli, że docelowo chcę iść do szkoły filmowej. Jednak ponieważ, studiując prawo, jakoś nie podnosiłem tego tematu, myśleli, że sprawa umarła śmiercią naturalną. Jak to u młodych ludzi, wie pani, na zasadzie: Młody jest, przejdzie mu. Wyrośnie z tego.

Zobacz też: Homini Vere Academico dla profesora

- A prof. Ziembiński? Czy miał świadomość, że ma wśród seminarzystów przyszłego reżysera?

Tak. Pod koniec ostatniego roku studiów prawniczych, kiedy nadszedł czas zdawania egzaminu magisterskiego, ja musiałem przygotowywać się do egzaminów wstępnych do szkoły filmowej. Poszedłem więc do profesora i poprosiłem go o możliwość bronienia pracy magisterskiej po wakacjach. Wyjaśniłem mu jakie mam plany i że nie dam rady załatwić obydwu spraw w tym samym czasie. Profesor się zgodził. Po egzaminach do filmówki, przeszło mi przez myśl żeby może odpuścić już sobie magisterium z prawa. Jednak przez to, że obiecałem Ziembińskiemu, że zakończę prawo jak należy, zabrałem się za pisanie pracy magisterskiej. Pisałem ją cały sierpień. Tytuł brzmiał „Racjonalny ustawodawca w świetle orzeczeń Sądu Najwyższego”. Broniłem się, o ile dobrze pamiętam, 8 października, będąc już studentem I roku reżyserii. Zresztą po bankiecie wieńczącym tę obronę, moi goście odprowadzili mnie na dworzec kolejowy gdzie wsiadłem do pociągu jadącego do stacji Łódź Kaliska, na której miałem wysiąść.

- Profesor Ziembiński to legenda poznańskiego wydziału prawa, ale czy poza nim miał Pan w czasie studiów także innych mentorów wśród wykładowców Collegium Iuridicum?

- Profesor Henryk Olszewski, pamiętam go dobrze również z tego powodu, że dla prof. Ziembińskiego, ważne było jaką ocenę mają jego studenci z prowadzonego przez Olszewskiego przedmiotu „Historia doktryn politycznych i prawnych”.

- Kolejny bolesny przedmiot.

- Bolesny? Ja miałem z niego piątkę. Pamiętam też prof. Ludwiczaka wykładającego wspaniale prawo międzynarodowe, znakomitego historyka państwa i prawa prof. Józefa Sczanieckiego, Leszka Nowaka, który wówczas pisał swój doktorat. Ponadto miło wspominam, dziś profesora, a w moich czasach studenckich jeszcze doktora Stanisława Sołtysińskiego. Z prof. Sołtysińskim, nawiasem mówiąc, spotkałem się kiedyś w pociągu. Zaprosił mnie wówczas na kolację wydawaną u niego w domu z okazji wejścia Polski do Unii Europejskiej. Wspaniałe przyjęcie.

- W książce „Cień po dniu” napisał Pan: „Ignorantia juris nocet[1] było starą maksymą łacińską, z której groźnego ostrzeżenia zdałem sobie sprawę, rozwiązując kolejne sylogizmy. Wymowa tej łacińskiej maksymy była dla zwykłego człowieka przerażająca, ale do mnie najbardziej przemawiała strawestowana przeze mnie jej inna wersja: ignorantia vitae nocet[2]. I udałem się w stronę teatrów studenckich.” Nie mogę więc nie zapytać o te teatry.

- Teatry studenckie były wówczas bardzo modne, wyrastały niczym przysłowiowe grzyby po deszczu. Każdy wydział miał swój teatr studencki,  wydział prawa również. I każdy rok na danym wydziale chciał się szczycić swoim własnym małym choćby teatrzykiem, a studenci garnęli się ochoczo do aktorstwa. Prym wiódł oczywiście Teatr Ósmego Dnia, ale nie mniejszym uznaniem cieszył się również poznański Teatr Siódemek. Oba zresztą były na wysokim poziomie artystycznym.

- Odwołam się raz jeszcze do książki „Cień po dniu”. Wspomina Pan tam, że pewnego dnia po wykładzie z historii państwa i prawa, podeszła do niego nieznajoma dziewczyna i oznajmiła, że jego twarz jest stworzona do odegrania roli w sztuce wedle jej koncepcji.

- Tak i nie ukrywam, że bardzo inspirująco to brzmiało. W konsekwencji tego zdarzenia, już wkrótce, siedząc w szafie recytowałem już frazy z Naszej małej stabilizacji Tadeusza Różewicza. A szafa ta była i sceną i po trosze teatrem i symbolem owej małej stabilizacji. Byłem zachwycony.

- Podkreślił Pan nawet, że doświadczenie to dało mu wówczas zdecydowanie więcej satysfakcji niż analiza statutów wiślickich. I, że miał Pan przeczucie, że stał się częścią rewolucji teatralnej. Rewolucji w jakim sensie?

- Miałem na myśli osobliwą rewolucję teatralną. W Teatrze Polskim aktorzy stali na scenie. Cóż, za brak wyobraźni, prawda? (Śmiech.) I stamtąd recytowali treść wielkich dramatów, pchając się  do przodu i tym samym chcąc zaistnieć. Tymczasem w szafie, było całkiem inaczej. Tam liczył się teatr po prostu. Nie było miejsca na gwiazdorstwo.

- Przyszedł czas kiedy założył Pan swój własny teatrzyk. Pierwszą swoją sztukę, osadził również w szafie.

- Nie zbyt oryginalnie, prawda? Ale moja autorska szafa miała symbolizować głębię jaźni młodego przedstawiciela klasy mieszczańskiej. Modne było wówczas rozładowywanie nerwic za pomocą psychodramy i stąd pomysł.

- Depresja nobilitowała – wspomina Pan w książce. – A teatr zrobiony z depresji nobilitował jeszcze bardziej.

Sztuka ta niestety nigdy nie została wystawiona, bo międzyczasie, przyszedł mi do głowy inny pomysł. I napisałem nową sztukę. Oczywiście ta miała być wystawiona już na 100%. Otrzymałem nawet zgodę cenzury, a na zajęciach z „wojska”, bo takowe wtedy również były w programie studiów, a mój kolega z roku, Adam Kaczmarek, zobowiązał się przedstawienie wyprodukować. Zaczęliśmy próby, ale koniec końców, zabrakło nam determinacji by doprowadzić sprawę do końca.

- U Kuby Wojewódzkiego wspominał Pan, że w czasach studenckich oprowadzał Pan po muzeum w Kórniku grupy wycieczkowe. I, że każdej opowiadał Pan o zwiedzanych wnętrzach inną historię. Mogę poprosić o przykład?

- Tych wycieczek oprowadzałem po osiem dziennie, więc w pewnym momencie znudziło mi się powtarzanie w kółko tego samego. Trzeba je było więc ubarwić, coś zróżnicować. Opowiadałem np. że hrabia Zamoyski stał się obiektem klątwy Papuasów, będącej karą za zmniejszanie im głów. I mówiąc prowadziłem wycieczkowiczów do gabloty w Sali Mauretańskiej, w której przechowywane są papuaskie głowy zmniejszone przez tamtejszych szamanów.

- Jak reagowali zwiedzający?

- Byli zachwyceni.

- Nikt nie zorientował się, że Pańskie opowieści nie do końca trzymają się faktów?

- Generalnie nikt. Przewodnicy innych grup czasem podsłuchiwali co mówiłem bywali i rozbawieni i lekko oburzeni. Szeptali mi na boku, że nie można takich rzeczy opowiadać. Na co ja odpowiadałem, że będę to robił, bo zwiedzającym bardzo się moje historie podobają. Raz umówiliśmy się z moim kolegą Przemkiem, że zrobimy małą inscenizację przed wycieczką polonijną ze Stanów. W zamku kórnickim jest kominek nad którym wisi portret Tytusa Działyńskiego. Jest tam też schowek obok kominka, który się odsłaniało, żeby pokazać gościom, którędy Tytus oddychał. Schowałem się w tym schowku i kiedy Przemo go odsłonił ja wydałem z siebie bardzo dziwny odgłos. Polonusi bardzo się przerazili. Cała sprawa oparła się o komitet powiatowy, ale ja się nigdy nie przyznałem, że byłem autorem odgłosu.

- Właśnie Pan to zrobił. Dziękuję za rozmowę.

 

 


[1] Nieznajomość prawa szkodzi.

[2] Nieznajomość życia szkodzi.

Rozmowy Wydział Prawa i Administracji