Maciej Frąckowiak. Fotografia czyli sztuka zmiany

Fotografia w nagłówku
Maciej Frąckowiak/ Fot. Adrian Wykrota
Maciej Frąckowiak/ Fot. Adrian Wykrota

 Z socjologiem i badaczem fotografii Maciejem Frąckowiakiem przygotowującym rozprawę doktorską  w Instytucie Socjologii rozmawia Krzysztof Smura

 

- Pańska książka wydana przez PIX.HOUSE dotyczy głównie zmiany i dokumentu. Wpływu fotografii na zmianę. To rozmowy z kilkunastoma wybitnymi postaciami świata fotografii. Bardzo różne rozmowy, ale łączy je jedno słowo. Zmiana. Jest pan zdania, ze fotografia może zmienić świat?

- Myślę, że dowiemy się więcej, kiedy zapytamy jak tę fotografie rozumiemy i czy można dokonywać za jej pomocą celowych zmian. Po przemyśleniu odkryjemy, że tam gdzie myślimy iż dokument niewiele może tych zmian jest zdecydowanie więcej. 

- No dobrze. To jednak trochę ogólne. Były przykłady fotografii, które zmieniły świat?

- Tradycyjne myślenie o fotoreportażu podpowiada, że zdjęcie jest komunikatem, które może wpływać na postawy. Obejrzy je jakiś generał np. z wojny w Wietnamie i stwierdzi – dosyć tego! Dziś fotografia, a zatem i jej zdolność do zmiany, to jednak dużo więcej, niż tak rozumiane zdjęcie. To też rytuał porządkujący relacje w przestrzeni publicznej. To także ogromny rynek - ludzie ze zdziwieniem przyjmują informację że Snapchat, a więc aplikacja używana przez nastolatków do dzielenia się zdjęciami, jest więcej wart niż Orlen. Znaczenie fotografii jako przemysłu łatwo też dostrzec dzięki mapom Google, które pokazują miejsca najczęściej fotografowane, a zatem generujące najwięcej zainteresowania. Dokumentalista Konrad Pustoła zwraca też uwagę, że współcześnie fotografowanie dla wielu stało się pretekstem żeby po prostu wyjść z domu i wejść w jakiś kontakt z otoczeniem. Fotografia zmienia więc świat, z pewnością. Do głowy przychodzi też przykład Ryszarda Petru i zdjęcia z samolotu, które zainicjowało rozpad całkiem sporej partii politycznej. Zbierając te wszystkie formy przeobrażeń, powiedziałbym, że fotografia coraz bardziej zmienia świat, w odróżnieniu jednak od samych fotografów, którzy mają nad swoimi zdjęciami coraz mniejszą kontrolę. Zdjęcia wędrują swoimi ścieżkami chociażby w Internecie, gdzie zyskują nowe życie. Często bez wiedzy i udziału samych zainteresowanych. Jednocześnie, boje się jednak takiego obezwładniającego stwierdzenia, że po zrobieniu zdjęcia nic więcej nie możemy, że nasza odpowiedzialność za zmianę kończy się z momentem wyzwolenia migawki.

- Ale np. Krzysztof Miller sam mówił, że zdjęcie jest dziełem skończonym.

- Krzysztof Miller faktycznie tak mówił, ale to wcale nie oznacza, że było mu wszystko jedno co się z nim potem stanie. On był bardzo przyzwyczajony do fotografii prasowej, opatrzonej tekstem. Jego stwierdzenie jest dla mnie raczej rodzajem zbroi, którą musi przyodziewać wrażliwy fotoreporter wojenny, bo gdyby brał do siebie wszystkie tragedie, które fotografuje, to długo by zdjęć nie wykonywał. Pamiętam jak Miller mówił mi, że niedbale zaparkowany samochód, walające się śmieci dają szansę, że ludzie szybko zareagują, ale przy tak złożonych fenomenach jak wojna czy zmiana systemu na bardziej demokratyczny, sprawa nie jest już taka prosta, a efekty zdjęć mniej widoczne. Rozmawiając z fotografkami i fotografami często miałem wrażenie, że fotografii w ogóle przeszkadza takie dopytywanie się o zmianę. Zamiast nieustannie pytać czy zmienia, trzeba jej tworzyć warunki do tego by mogła to efektywnie czynić.

 

Prawo było najmniej bolesne - rozmowa z Filipem Bajonem, reżyserem i absolwentem UAM

 

- Przykład Michała Szlagi, który wokół działań fotograficznych w Stoczni stworzył całą politykę. Fotografował, pokazywał jej industrialne piękno i chciał wpłynąć na ludzi, żeby ja zachować. Nie udało się?

- Moim zdaniem osiągnął zakładane cele. Wprawdzie ze Stoczni wyrugowano artystów, część budynków zniknęła, ale część została wpisana do rejestru zabytków. Ten projekt trwał kilkanaście lat i to, że część zabudowań się zachowała, zawdzięczamy również działaniom Michała Szlagi. Zresztą, ten fotograf nie tylko robił zdjęcia. Kolędował z fotograficzną książką, pukał do różnych gabinetów, swój sposób fotografowania wypracował z konserwatorami zabytków. Myślę, że ten projekt się udał, bo zaprzecza myśleniu o fotografii w naiwny sposób, że jest to jedynie naciśnięcie i jakaś automatyczna zmiana w ludzkiej świadomości, która temu towarzyszy.

- A nie jest tak również? Przykład uciekinierów z Syrii i kwestia wyreżyserowanego zdjęcia utopionego dziecka u wybrzeży Grecji. To był szok dla świata. To była ta migawka.

- To zdjęcie nie było sfingowane. To dziecko zostało przeniesione, ale nie przez fotografkę. Być może zrobili to wcześniej wojskowi np. z szacunku żeby ten chłopiec nie leżał wśród skał. Przy okazji tego zdjęcia odbyło się zresztą sporo dyskusji etycznych na temat publikacji. Czy należy to robić na głównych stronach poważnych dzienników, bo przecież jest taka umowa niepisana że śmierci dzieci się nie pokazuje w ten sposób. Zdecydowano się jednak na ten ruch i rzeczywiście premier Wielkiej Brytanii powiedział w którymś z wywiadów, że po obejrzeniu tego zdjęcia w prasie, zadecydował o zwiększeniu wsparcia dla uchodźców. Ale pytanie jest inne. Co z wojną w Syrii? Czy to zdjęcie coś w tym kontekście zmieniło? Pytanie kolejne. Czy celem fotografki było zatrzymanie wojny w Syrii?

Inny przykład, który problematyzuję tak pojętą relację fotografii do zmiany. Organizacja Boko Haram. Słynne porwanie dużej grupy dziewcząt, w których odnalezienie zaangażowała się fotografka Glenna Gordon. W wywiadzie udzielonym Time stwierdziła, że jeśli celem fotografii jest zwrócenie uwagi na problem, to odniosła sukces, ale jeśli jej celem było odnalezienie tych dziewczyn, to odniosła porażkę. Dzisiaj już wiemy, kilka lat po tym wywiadzie, że dziewczyny z Chibok zaczęły się odnajdywać. Na pytanie o rolę fotografii w tym procesie znowu niełatwo jest odpowiedzieć: czy gdyby nie seria zdjęć Gordon inicjująca zainteresowanie mediów, to porwane osoby zostały by zabite? A może wręcz przeciwnie: nie przetrzymywano by ich tak długo, bo przy mniejszym zainteresowaniu sprawą mediów, porywacze nie mieli by w tym ,,interesu’’.

 

- Kolejny przykład. Katarzyna Czarnota. Związana ze środowiskiem anarchistów dokumentuje zdarzenia dotyczące ludzi pozbawianych mieszkań. Jej fotografie są, mają być dowodem na bezprawie. Wpływa na zmianę. A Mariusz Forecki? Mówi, że każde zdjęcie stara się umieścić w luksusowym wnętrzu wyobraźni i jeśli tam pasuje to znaczy, że jest złe…

- Mariusz Forecki był osobą, z którą przed wywiadem długo rozmawiałem przez telefon. Powiedział, że chce mnie rozczarowywać, ale nie uważa, że jego fotografia powinna cokolwiek zmieniać. Nie jest politykiem. Jego zadaniem jest robić zdjęcia. Są fotografowie, którzy, jak wspomniany Szlaga, chcą zatrzymać zmiany w Stoczni, są tacy którzy je chcą inicjować, jak np. Wojciech Wilczek, który za pomocą zdjęć walczy z uprzedzeniami i antysemityzm. Mariusz Forecki z kolei, jak stwierdza, po prostu dokumentuje, chociażby zmiany w obyczajowości. To bardzo skromna, a jednocześnie kluczowa rola dzisiejszej fotografii - dokumentować zmiany, które w złożonym świecie coraz trudniej nam dostrzec, a co za tym idzie, także odnieść się do nich, czy być wobec nich aktywnym. Kilka lat temu Marek Krajewski i Rafał Drozdowski, profesorowie z naszego Uniwersytetu, napisali książkę o fotografii, w której - w nieco innym kontekście - stwierdzają, że rolą zdjęć nie jest wcale zatrzymywanie, lecz uruchamianie: działań, narracji, uwagi. Im szybciej zdamy sobie z tego sprawę, tym łatwiej będzie nam także działać za jej pomocą.

 


 

Rozmowy Wydział Studiów Edukacyjnych