Prof. Beata Bielska - Pani Dyrygent

Fotografia w nagłówku
Beata Bielska
Beata Bielska

 

 

Nie lubi określenia dyrygentka; woli, kiedy chórzyści zwracają się do niej: Pani dyrygent. To jej zdaniem oddaje istotę zawodu, idealne połączenie pierwiastka kobiecości, z tym czymś, co powinien mieć dyrektor chóru. Co to jest: zdecydowanie, siła charakteru i charyzma? Beata Bielska ma tego wszystkiego w nadmiarze. Mówi, że scena to jej miejsce na ziemi – myślę, że nie ma w tym cienia kokieterii.

Miała 14 lat, kiedy po raz pierwszy poprowadziła chór. W jej rodzinnym Olsztynie właśnie nastała moda na śpiewy z Taizé. Znajomy ksiądz poprosił ją – uczennicę szkoły muzycznej w klasie wiolonczeli – o poprowadzenie zespołu. Jak mówi, z przerażeniem podjęła się tego zadania, i dziś, z perspektywy czasu, może powiedzieć, że był to strzał w dziesiątkę. Wtedy po raz pierwszy doświadczyła, jak fascynujące może być współbrzmienie ludzkich głosów, jak wiele można zrobić z dźwiękiem. Wszystko to trwało 3-4 lata, nie dłużej. Chór miał się znakomicie, kiedy postanowiła, że wyjeżdża do Poznania. Wcześniej jednak przyszło znużenie muzyką. Po dwóch maturach; w szkole muzycznej i LO stwierdziła, że chce zająć się czymś innym. Jej wybór padł na Uniwersytet Warmińsko-Mazurski, gdzie zaczęła studiować historię, skrycie marząc o pracy archeologa i dalekich podróżach. Szybko jednak okazało się, że rzeczywistość odbiega od tego, czego spodziewała się mając w pamięci filmy przygodowe, niespodziewanie też dla siebie samej zaczęło jej brakować muzyki. Wtedy w tajemnicy przed rodzicami zdecydowała, że będzie zdawać egzamin do studium piosenkarskiego przy ul. Głogowskiej w Poznaniu. Rodzicom nie od razu powiedziała, o swojej decyzji. Bała się, że będą ją przekonywać, aby została, a ona już podjęła decyzję.  

Zobacz: Setki chórzystów wyśpiewały Kalisz

Wkrótce po przyjeździe do Poznania za namową kolegi trafiła do chóru Jacka Sykulskiego. Chór wtedy przygotowywał się do koncertów w Rzymie, ćwiczyli Palestrina sicut cervus. Próba nie szła tak, jak powinna, a Jacek bardzo się denerwował. W końcu przerwał i powiedział: teraz te dwie nowe. Byłyśmy bardzo stremowane, ale chyba dobrze poszło, bo nie tylko dostałyśmy się do chóru, ale nawet załapałyśmy na koncerty w Rzymie.

Niedługo po tym zdecydowała, że rozpocznie studia w Akademii Muzycznej, wybierając dyrygenturę. I tak zaczęła się na dobre jej przygoda z muzyką trochę inną, bo dotychczas chór kojarzył jej się z muzyką liturgiczną bądź sensu stricte klasyczną. To, co robił Jacek Sykulski, zafascynowało ją i wciągnęło.

Nowoczesny chór to zmiana podejścia do dźwięku. Głos ludzki zaczął być postrzegany jako najbardziej doskonały instrument muzyczny  W zależności od tego, jak weźmiemy oddech, jak ułożymy język, jaką zrobimy minę, tak głos będzie brzmiał inaczej. To jest coś, co Jacek przywiózł z Kanady. Nauczył nas, jak wydobywać dźwięk, jak szukać nowych brzmień. Mamy w gardle niesamowity instrument, który jest w stanie zastąpić całą orkiestrę. To może być zarówno ciche piano, jak i wielkie potężne fortissimo –brzmienie, które już nie kojarzy się z liturgią, ale z muzyką rockową.

Śpiewając w Chórze Akademickim zrozumiała też, że chór może również śpiewać muzykę rozrywkową.  Nagle okazało się, że jest w tym wszystkim cała gama różnych możliwości, że śpiewanie może być nie tylko zabawą ale też prawdziwą sztuką. Obserwując Jacka Sykulskiego nauczyła się, że to od dyrygenta zależy, jaki charakter będzie miał utwór, jak będzie zaśpiewany i w końcu ile każdy chórzysta z siebie da. Bo to dyrygent powinien chórzystę przyciągać, magnetyzować.  

Nowy etap w jej życiu rozpoczął się z chwilą, kiedy Jacek Sykulski przekazał jej Chór Akademicki. Wtedy musiała zmierzyć się z nową rzeczywistością. Co innego śpiewać, czy nawet asystować dyrygentowi, a co innego kierować chórem. Przede wszystkim musiała do siebie przekonać ludzi, zarówno muzycznie jak i tak po prostu, po ludzku. To był długi proces. Część osób odeszła, ale ci, którzy zostali tworzą teraz jej zespół. Przyszli też nowi, którzy nie znają jej jako Beci, koleżanki z zespołu. Dla nich jest Panią Dyrygent – i dobrze niech tak zostanie.

Wychodzę z założenia, że w śpiewaniu potrzebna jest pasja. I jeśli ktoś ma predyspozycje, słyszy, na przesłuchaniu dobrze reaguje na moje uwagi, potrafi powtórzyć to, co mu zagram, umie zapanować nad tremą – to dla mnie nie musi czytać nut. Co więcej, uważam, że ludzie nie znający nut są jeszcze bardziej wartościowi. My muzycy jesteśmy w tym względzie trochę upośledzeni, jeśli chodzi o wykonawstwo. Nie mamy pamięci muzycznej. Moi chórzyści, którzy w większości nie czytają nut, potrafią nauczyć się na pamięć Requiem Mozarta. I to w głosie pośrednim, np. w  alcie, gdzie te melodie nie są ani ładne, ani łatwe do zaśpiewania. Oni maja to wszystko w pamięci, całe 1,5 godziny. 

Początkowo nie wszystkie próby wychodziły. Jak mówi, tak naprawdę zadowolona jest, statystycznie, z co trzeciej, ale wtedy tego jeszcze nie wiedziała. Musiała się pilnować, aby nie krzyczeć, nie narzekać. Teraz wie, że to proces. Najpierw jest czytanie nowego utworu, zespół marudzi, że mu się nie podoba, ktoś wyciąga komórkę, inny nie może się skupić, próby trwają nadal, mozolenie, aż w końcu przychodzi przełom. Utwór nabiera kształtu, brzmi i nagle wszystkim wszystko się podoba. Jest dobrze.

Wydaje mi się, że jestem osobą, która ich przyciąga, ale z drugiej strony chór jest jak dyrygent. Ja w zespole mam całe mnóstwo silnych osobowości, czasem trudno mi z nimi wszystkimi wytrzymać.  Z drugiej strony, jak koncertowaliśmy pod koniec ubiegłego roku, to przychodzili solidarnie nawet w trakcie choroby na antybiotykach i z temperaturą. To o czymś świadczy, bo normalnie ludzie biorą wolne i zostają w domu. Chcę powiedzieć, że to są fajni, mądrzy, młodzi ludzie. Chłoną to, co się do nich mówię. Ale też nie każdego przyjmą do zespołu. Wszyscy musimy nadawać na tych samych falach, i mieć w sobie nutkę szaleństwa, bez tego ani rusz… Jak w takiej dużej, włoskiej rodzinie: raz się kochamy, raz nienawidzimy.

Jako przykład podaje trasę koncertową po Chorwacji. Chórzyści dla rozładowanie emocji, kiedy po raz kolejny popsuł się autokar, wymyślili, że każdy z nich ma wirtualny granat, który może zdetonować w wybranym przez siebie momencie. Na hasło granat wszyscy musieli położyć się na ziemi. Oczywiście z pewnymi zastrzeżeniami. Na koncercie nie było wolno użyć granatu, ale po, już – tak. Hasło padło w momencie wręczania nagrody. Nie było rady – wszyscy padli na ziemię. Zamieszanie było ogromne i to nie tylko na scenie…

W tej chwili przygotowują się do koncertu, który jest częścią projektu realizowanego od kilku lat:  Tribute to Michael Jackson Symfonicznie. Chór Akademicki śpiewa tam w towarzystwie takich gwiazd jak Kuba Banach, Natalia Kukulska Hania Stach, Kasia Cerkwicka. W koncercie bierze też udział orkiestra symfoniczna, zespół Riffertone oraz band pod kierownictwem Jacka Piskorza. Te koncerty ewoluują, za każdym razem są inne. To dla wszystkich niezapomniana przygoda muzyczna.

To bardzo ciekawe doświadczenie – mówi Bielska. Okazuje się, że Chór Akademicki może zaśpiewać zarówno IX symfonia Beethovena, jak i utwory z repertuaru Michale Jacksona. Jesteśmy postrzegani jako prekursorzy rozrywkowej muzyki chóralnej.

Ma wrażenie, że muzycznie spróbowała już wszystkiego, śpiewała z gwiazdami największego światowego formatu: Placido Domingo, Aleksandrą Kurzak i Roberto Alagna, ale ciągle ma wielką ochotę próbować dalej. Prywatnie lubi ciężkie brzmienia. W liceum słuchała Nirwany, teraz w wolnych chwilach Apocalyptic, Nightwish czy Pentatonix I właśnie ten ostatni zespół chciałaby zaprosić do Polski na wspólny koncert. Na razie to tyko marzenia, ale, kto wie, może w przyszłości. Tymczasem przygotowuje się do kolejnych koncertów. Ostanie pół roku poświęciła na próby i przygotowanie nowego repertuaru, teraz czas to zaprezentować. Czeka też na nowych chórzystów osoby, które chcą odkryć siebie na nowo, przekroczyć własny wstyd i słabości i przeżyć nieznane im jeszcze emocje.

O sobie mówi: „mam 29 lat i nie idę dalej”. Lubi podróże – ostatnio z plecakiem i w adidasach zwiedziła Maroko. Nie znosi operetki i Myszki Miki. Sportu też nie uznaje, ale za to chętnie jeździ rowerem. Poza tym w życiu Pani Dyrygent nie ma za dużo czasu na pasje, bo, jak mówi, muzyka to zazdrosna kochanka i nie toleruje konkurencji. Dobrze znana z występów w Auli Uniwersyteckiej, prywatnie zaskakuje głosem dźwięcznym, melodyjnym, no i śmiechem, bo Bielska dużo się śmieje… Potem jest osobowość. Przychodzi na rozmowę, z błyskiem w oku opowiada o muzyce, kolejnym koncertach i zespole, a potem wychodząc zapomina płaszcza. Po prostu – jak to kobieta.

Kultura Ogólnouniwersyteckie